Kilka dni temu minęła rocznica śmierci Charliego Kirka. Jestem tak stary, że pamiętam, jak zdaniem wielu miał być Kirk drugim Horstem Wesselem. Męczennikiem, na kulcie którego miała prawica zbudować swoją przemocową agendę. Nic, rzecz jasna, się takiego nie stało. Wdowa po Kirku, zgodnie z estetyką antyelitarnej prawicy, utonęła w brokacie i talk-showach, a w Polsce jedynym efektem Kirka było to, że Patryk Jaki został zgruzowany przez libleftowego studenta.
Owe porównanie Kirka do Wessela jest, rzecz jasna, kolejnym potwierdzeniem, że w uniwersum polskiej pamięci jedyne analogie historyczne to te z PRL albo Hitlerem, a innych nie ma. Nie, żeby same porównania z międzywojniem nie miały sensu. Przykładowo dwa lata temu przetłumaczyli wreszcie „Golden Fetters” Eichengreena, który na, bagatela, 700 stronach opisuje, jak ukochany przez prawicę standard złota doprowadził do Wielkiej Depresji, a potem rządów, sami wiecie kogo. No ale w dyskursie publicznym raczej mamy schemat: cokolwiek skrajna prawica – na pewno się skończy Hitlerem.
Zostawmy jednak analogię na boku i zastanówmy się, dlaczego jednak sprawa Kirka żyła tylko chwilę. Tak jak tylko chwilkę żyła sprawa zamachu na Trumpa, co to miała dać mu prezydenturę, potem się poparcie jednak załamało, potem znów urosło i nikt już nie pamięta. Dlaczego nawet zabójstwo albo próba zabójstwa szybko w odmętach uwagi padła.
Ano dzieje się tak, bo, jak wiadomo, wszyscy ćpamy informacyjną dopaminę. Narkotyk podawany drogą wizualną, jak każdy narkotyk, z jednej strony uśmierza bóle egzystencjalne związane z lękiem danej wiadomości (Rosja zaatakuje Polskę), a z drugiej wytwarza potrzebę ciągłego zwiększania dziennej dawki, bo człowiek szybko obojętnieje.
W tym sensie istota uprawiania polityki jest więc istotą generowania bodźców. A największe bodźce wywołuje oczywiście oburzenie. To jest jeden z kulturowych (obok ekonomicznych) sukcesów prawicy. Prawica, pewnie nieco intuicyjnie, generując gównoburzę, dostarcza ową dopaminę nie tylko swoim wyborcom, ale wszystkim. Ciągła inba o coś z jednej strony jest śmieszna, ale z drugiej jest właśnie grą w grę, jaką dziś obowiązuje. Rzecz jasna, to nie jest tak, że prawica tylko inbi. W końcu czasami natrafiamy na coś w stylu: a czemu nie wprowadzić standardu złota – żeby wspomnieć tylko wątek powyżej. To jednak nie generuje dodatkowego bodźca, więc jest kwitowane wzruszeniem ramion. Posty o butelkach, jedzeniu w szkołach czy robieniu dwójki do stawu już tak.
Współczesna lewica, która z racji przynależności do świata akademickiego dyskursu takim „dopaminowym” populizmem się brzydzi. Dlatego zamiast generować bodźce, generuje nudę w stylu: „porozmawiajmy o najnowszym raporcie o nierównościach na świecie”. Otóż, mordo, nikt nie będzie rozmawiał ani o raporcie, ani o nierównościach, dopóki nie zrobisz mema albo filmiku, który wywoła określone emocje. Nie przypadkiem największe zwycięstwa lewicy to te, gdzie pisze o deweloperuchach, eksmisjach czy libkach.
Trzeba po prostu podpinać się pod inby i je ramować na własne założenia albo wytwarzać inby własne. Jeśli bowiem nawet tak głośne medialne wydarzenia jak zamach na Kirka czy Trumpa nie przetrwają dłużej niż kilka dni, to jak ma przetrwać jakakolwiek słuszna, acz nudna dyskusja o darmowych obiadach w szkołach.
Galopujący Major

